Old manor house, lost in nowhere
Gorące poniedziałkowe słońce… okolica o której z pewnością dawno temu zapomniał Bóg bo ludzie na pewno… droga z wieczności do nikąd… Nie oszczędzałem auta żeby jak najszybciej wyrwać się z tej strefy bez swojego miejsca na mapie. I nagle między drzewami zarejestrowałem obraz. Obraz, który zmusił mnie do zatrzymania auta. W pewnym oddaleniu od drogi majaczył zarys ściany i dach z czerwonej dachówki. Droga zarośnięta krzakami doprowadziła mnie do starego dworku … a w każdym bądź razie był to budynek, który kiedyś z pewnością pełnił taką rolę. Teraz stał się ruiną. Szczątkami wyplutymi przez dziesięciolecia komunistycznych nierządów. Smutny widok … i jakie było moje zdziwienie kiedy poprzez tą przygnębiającą wizję usłyszałem śmiech ludzi i zobaczyłem uśmiechnięte twarze dwóch starszych osób. Spytałem czy mogę zrobić kilka zdjęć budynku a już za chwilę w najlepsze trwała sympatyczna rozmowa… I oto miejsce, które z początku było dla mnie niepokojącym smutnym obrazkiem uzyskało zupełnie inny wymiar. Taki z ludzką twarzą, radosny, taki inny… Kontrast zwyczajnej ludzkiej radości z życia, ze słońca, z wiatru, z leniwie przeciągającego się obok ławy podwórkowego kundelka zestawionych z dramatyzmem umierającego starego dworku był dla mnie dzisiaj bardzo ciekawym przeżyciem. W pogoni mojego codzienego życia, nagle odkryłem inną czasoprzestrzeń… Zmuszającą do refleksji, pozwalającą zamyśleć się i na chwilę zatrzymać.